Krótka historia motoryzacji oczami geodety w stanie spoczynku

 

Współczesny człowiek chcąc egzystować, w różnym stopniu skazany jest na korzystanie ze środków transportu. Czy to z własnych, czy to publicznych, czy też środków transportu pracodawcy. A geodeta? Nawet ten siedzący ustawicznie za biurkiem też jakoś musi dotrzeć do miejsca pracy. Znany mi jest przypadek urzędnika geodety, który miał dystans do garażu dłuższy, niż do miejsca pracy, a pomimo tego rano dreptał do tego garażu, wydobywał z niego samochód i jechał nim do pracy. Mało tego, musiał wstawać rano odpowiednio wcześniej, aby dotrzeć do parkingu przed innymi. Sam pracując w Urzędzie Wojewódzkim zmuszony byłem do jazdy do pracy samochodem (ok. 11km), ale garaż był tuż tuż. Czyli przejście korytarzykiem kilka kroków i wyjazd samochodem z tego garażu po wcześniejszym otwarciu drzwi. Ale nie wszystko na raz.

Zanim zostałem urzędnikiem (bardziej z konieczności, niż z wyboru), w dwóch kolejno urzędach przez 26 lat byłem tzw. geodetą wykonawcą. Nawet kiedy byłem kierownikiem, to gros moich zajęć była praca w terenie przy pomiarach. Pod koniec lat 70-tych dostałem sporą ilość dokumentacji dotyczącej sprzętu geodezyjnego. Na okładce jednego z prospektów był Land Rover Discovery. A ładunek na bagażniku wskazywał, że podróżują nim geodeci. Ten obraz utkwił mi w podświadomości.

 

Fot. 1. Po lewej obrazek, o którym pisałem powyżej, a po prawej nasza szara rzeczywistość. Ale należało się cieszyć z tego, co jest.

 

Ten obrazek przez długie lata był tylko marzeniem. Już będąc na emeryturze postanowiłem wrócić do sprawy. Discovery to przesada, ale może taki Freelander? Pracując w WBGiTR Legnica, przedstawiciel zamawiającego zaoferował mi wycieczkę do Biura Geodezji w zjednoczonych już wówczas Niemczech. Transport terenowym Nissanem zapewnił mi pracownik spółki Kloesters. Przyjrzałem się pracy niemieckich geodetów. Czym jeździli w teren? Otóż terenową Toyotą z napędem na cztery koła. Kolega prawnik i fan motoryzacji stwierdził, że Toyota bije konkurencję w kategorii samochodów używanych. Był rok 1997 i mało kto dzisiaj pamięta, że kupno takiego samochodu graniczyło z cudem. Będąc już na emeryturze postanowiłem zrealizować marzenia geodezyjnej młodości. Wybór padł na Nissana X-Trail. Kupiłem w firmie handlującej używanymi samochodami. Samochód ma wysokie, solidne zawieszenie i napęd na 4 koła jako automat i można go zablokować. Karoseria tego nastolatka była jak na swój wiek w dobrym stanie. Wzorem programów w TV, miałem zamiar poddać samochód renowacji, coś jak „samochód marzeń – kup i zrób”. Sprzedający usunął na swój koszt dwie usterki. Jak zaczął biadolić, że drogo, to jako człowiek honorowy pokryłem 1/3 jego wydatku. Ale to dopiero początek. A więc wymiana filtrów i oleju. Naprawa dwóch zamków (bo się zacinały), lakierowanie drzwi od strony kierowcy, zmiana spojlera, bo był nieco sfatygowany, wymiana tylnego zderzaka wraz z lakierowaniem i przy okazji montaż czujników cofania. Uff! To nie koniec. Dalej komplet czterech, zupełnie nowych opon wielosezonowych (stare mogłyby jeszcze pozostać), zakup nowego akumulatora (stary jeszcze dychał), wymiana lusterka od strony kierowcy, wymiana zamka od strony pasażera, mata do bagażnika i nowe pokrowce na fotele. Reflektory wypolerowałem sam. Również sam usunąłem, zaskakująco dobrym zestawem, drobne ryski na karoserii. Sam również odnowiłem aluminiowe felgi. Najbardziej kosztowny był remont silnika. W sumie to wszystko kosztowało niemal tyle, co zapłaciłem za samochód. Ale taki miałem plan. Ktoś inny, wiele z tych wymienionych pozycji by pominął. Aha, byłbym zapomniał – obszycie kierownicy skórą. Czy samochód posłużył celom zawodowym? Otóż nie, od przejścia na pełną emeryturę całkowicie zerwałem z zawodem. Geodezja stała się dla mnie hobby (kolekcjonowanie klasycznych instrumentów geodezyjnych). Za to służy do wypadów w plener dla ornitologicznych obserwacji. Nadleśnictwo Opole dało mi pozwolenie na wjazd do lasu w otoczeniu Niemodlińskich Stawów Rybnych. Zresztą wiele dróg leśnych i polnych ma charakter publiczny i tu nikogo nie trzeba pytać o pozwolenie.

 

Fot. 2. Mój Nissan w plenerze. Widok en face i z profilu. W tym miejscu przyjaciółka Ania wypatrzyła całe poletko czterolistnej koniczyny. Były też okazy pięciolistne.

 

Zacznę od początku. Na ostatnim roku studiów posłano mnie na 3-miesięczną praktykę do Wojewódzkiego Biura Geodezji i Urządzeń Rolnych w Zielonej Górze. Po krótkiej odprawie biurowy samochód zawiózł mnie i szefa do wsi Bojadła i tam u sołtysa zostawił nas z całym dobytkiem. Sołtys miał nam znaleźć kwaterę i dwóch ludzi na pomiarowych. I tyle samochód zaistniał w tym zadaniu. W ogóle rzadko się wówczas widywało samochody, a te będące w prywatnym posiadaniu jeszcze mniej. Dalsza praca to przemieszczanie się ze sprzętem na nogach. Na zakończenie praktyki pokonałem kilkukilometrowy dystans z bagażem na własnych nogach do przeprawy na Odrze. Prom był uruchamiany kiedy było więcej chętnych. Tu musiała wystarczyć przeprawa łodzią. Potem autobusem do Zielonej Góry. Szef coś tam sypnął groszem, bo bardzo mu pomogłem w jego zleceniu. Pierwsza praca od września 1973 w Powiatowym Biurze Geodezji i Urządzeń Rolnych w Złotoryi. Na cztery zespoły pomiarowe był jeden samochód – Żuk. Były więc wyjazdy łączone. Kiedy tylko mogłem korzystałem z komunikacji autobusowej lub pociągu (niekiedy z przesiadką). Pomiarowi dźwigali na swoich plecach sprzęt pomiarowy. Kolejna praca w Powiatowym Biurze Geodezji i Urządzeń Rolnych w Brzegu. Zgodziłem się na dwa kolejne zadania, które od lat czekały na chętnego. Duża wymiana gruntów w Lewinie Brzeskim i w kolejnym roku scalenie w sąsiednim obrębie Kantorowice. Dziewięćdziesiąt procent mojego przemieszczania to pociąg i nogi. Sprzęt pomiarowy zostawiałem w budynkach ujęcia wody. Do Lewina przyjeżdżali dorywczy pracownicy. Studenci na wakacjach. Jeden z nich studiował medycynę. W Kantorowicach pomiarowi to dwóch miejscowych chłopaków. O swoich większych realizacjach pisałem na łamach pism Geodeta i Przegląd Geodezyjny. Po przejściu do centrali WBGiTR Opole dostałem bardzo duże zadanie pracy dla Kombinatu PGR Niemodlin. Do wywiadu w terenie i zaznaczenie zmian wystarczały mi autobusy PKS i własne nogi. Do pomiaru zmian dostawałem samochód z PGR i za pomiarowego robił kierownik gospodarstwa PGR. Potem praca w Dyrekcji Okręgowej Dróg Publicznych w Opolu na stanowisku kierownika Pracowni Geodezyjno-Kartograficznej. Tu pracownia miała samochód Nysa i kierowcę do wyłącznej dyspozycji. Kierownik to brzmi dumnie. Aby zmieścić się w terminach, częściej byłem na pomiarach w terenie, niż w biurze.

 

Fot. 3. Nyska jaką mieliśmy w Pracowni Geodezyjno-Wywłaszczeniowej Opolskiej Dyrekcji Okręgowej Dróg Publicznych wraz z etatowym kierowcą do wyłącznej dyspozycji.

 

Fot. 4. Obrazki z udziałem UAZA z czasów, kiedy byłem inspektorem Nadzoru w Opolskim Okręgowym Przedsiębiorstwie Geodezyjno-Kartograficznym. Na górnym lewy, zdjęciu po stronie lewej to tylko ja. Wariant z przyczepą do dowozu znaków stabilizujących punkty osnowy poziomej II-giej klasy. Na dole po prawej UAZ na ulicy Berlina Zachodniego.

 

Po odejściu z pracy w DODP Opole, był krótki epizod w Zarządzie Autostrad Oddział Terenowy w Opolu. Był tam służbowy UAZ, z którego nie korzystałem i nawet mi się nie chce pisać dlaczego. A więc tradycyjnie autobusy PKS i nogi. Na pomiary, bo takie też wykonywałem, podsyłano mi samochód z budowy oraz dwoje ludzi do pomocy. Upadek PRL był również upadkiem Zarządu Autostrad (tych autostrad było tyle, co kot napłakał).

Dyrekcja OPGK Opole zaproponowała mi pracę w firmie na dowolnie wybranym stanowisku. Wybrałem stanowisko Inspektora Nadzoru i Kontroli Robót. Wolałem kontrolować na bieżąco i często bywałem na pomiarach w terenie. Tutaj dominował sowiecki UAZ i serwis auto w strukturach firmy. W warsztacie zawsze widoczny był UAZ w naprawie. Dlaczego? Niech każdy sobie sam odpowie.

Po rozwodzie powróciłem do rodzinnego Bolesławca i tam praca w pobliskim Lwówku Śląskim na stanowisku kierownika Pracowni Terenowej OPGK Wrocław. Dojazd do pracy mało komfortowy autobusem PKS. Dystans 18km w 45 minut. I tutaj oczywiście UAZ, nie taki stary, bo zaledwie dwuletni, ale tradycyjnie awaryjny. Na czas napraw dostawaliśmy samochód zastępczy Tarpan, a raz nawet Syrenę Combi. W tym czasie stałem się szczęśliwym posiadaczem Malucha 126P w systemie przedpłat. Też wzorem UAZa bywał awaryjny. I tu przykład awaryjności Malucha. Na egzamin na geodezyjne uprawnienia, który miał się odbyć we Wrocławiu o godzinie 13-tej, wyjechałem z Bolesławca o godzinie 7-mej. I na skutek awaryjności Malucha ledwo zdążyłem na ów egzamin. Kiedy już miałem uprawnienia postanowiłem otworzyć działalność na własny rachunek. Potrzebna była zgoda Geodety Województwa. Ów geodeta młody wiekiem, ale stary stażem partyjnym powiedział „Nein”. Oczywiście nie wprost, ale skutecznie. Po czasie stwierdziłem, że to było dobre. Ja ze swoim usposobieniem kiepsko sobie radzę ze światem zewnętrznym. Wyszło więc jak mawiam „chcieli źle, a wyszło dobrze”. Po krótkim epizodzie na stanowisku naczelnika Wydziału Geodezji i etc. w Urzędzie Miasta w Chojnowie, wylądowałem w Wojewódzkim Biurze Geodezji i Terenów Rolnych w Legnicy – Rejonowy Oddział w Złotoryi.

 

Fot. 5. Na zdjęciu moje cudo w otoczeniu familiantów. W planie przednim jamnik o imieniu Egon.

 

Fot. 6. Obrazki z udziałem UAZa z czasów, kiedy byłem kierownikiem pracowni we Wrocławskim Okręgowym Przedsiębiorstwie Geodezyjno-Kartograficznym. Na zdjęciu po lewej autor opracowania z czasów, kiedy był młody, podczas prac realizacyjnych przy wznoszeniu budynków mieszkalnych w Gryfowie Śląskim.

 

Tutaj transport rozbudowany, a więc Tarpan, UAZ i Żuk blaszak. Samochody były, ale często porywane na użytek prywatny. I wtedy Maluch własny. W roku 1990 na zebraniu dyrektor oznajmił, że firma ma kłopoty finansowe i będzie płacić geodetom jedynie zaszeregowanie, to jakieś 20% przeciętnych zarobków. W tej sytuacji na urlopie bezpłatnym przyjąłem zlecenie modernizacji operatu ewidencji gruntów wsi Piotrowice koło Jawora. Z terminu się wywiązałem, a komisja odbioru na tyle była zadowolona z mojego opracowania, że do ceny z umowy dorzuciła jeszcze sporo grosza. Oczywiście na obiekt i do Ośrodka jeździłem swoim Maluchem. W ten to sposób zarobiłem na kolejnego nowego Malucha. No cóż, zaś „chcieli źle, a wyszło dobrze”. To powiedzonko miało też inne zastosowanie. Chcąc nie chcąc, nie mając dostępu do zleceń prywatnych, pracowałem intensywnie na firmę i to wpłynęło znacząco na wysokość mojej emerytury.

 

Fot. 7. Żukowe impresje – tak bym to nazwał. Po lewej: Zenek – kierowca i pomiarowy. W środku moja skromna osoba, mało zasługująca na uwagę. Po prawej student Wydziału Geodezji na praktyce (zdjęcie opublikowane w moim artykule w Przeglądzie Geodezyjnym). Na imprezy firmowe uczestników dowoziły firmowe Żuki. Żuk to bardzo pożyteczny owad. Na górnym prawym pracownicy biura z nowiuteńkim Topconem za jakieś 270 milionów złotych polskich. Dziesięć milionów to była wówczas dobra pensja.

 

Fot. 8. Na terenowym rozpatrzeniu skargi na geodetkę. Biedna firmowała prace totalnej niekompetencji. Po lewej kierownictwo Wydziału Geodezji, a po prawej Pani kierownik Inspekcji Geodezyjnej i Kartograficznej. Autor tego zdjęcia, czyli ja, miał zdanie odmienne i poprosił o wyłączenie go ze sprawy.

 

O transporcie w czasie mojej pracy w administracji rządowej i samorządowej nie napiszę nic, bo też nie ma o czym pisać. Wspomnę tylko, że pojawiali się u mnie (byłem kierownikiem PODGiK w Oleśnie) geodeci, co przyjeżdżali samochodami: Volkswagen bus, Volkswagen Tiguan, Jeep Grand Cherokee (bardzo stary model), Toyota Hilux (trzy sztuki), Dacia Duster. Jeden z moich byłych uczniów przyjeżdżał tak zdezelowanym busem, że nie oparłem się złośliwej uwadze. Na to odpowiedział, że w pobliżu jest stacja diagnostyczna, gdzie zajeżdżają jeszcze gorsze rzęchy i pomyślnie przechodzą przegląd.

 

Fot. 9. Prace terenowe na drodze krajowej nr 7 w miejscowości Podole. W tle środek transportu – mój Opel Agila.

 

Fot. 10. Ilustracje do zadania rozgraniczenia pasa drogi krajowej nr 7.

 

Jak już wcześniej pisałem, praca w określonym czasie i to na stanowisku administracyjnym nie jest moim powołaniem. Co nie oznacza, że wykonywałem ją źle. Na dwa lata przed emeryturą postanowiłem pożyć po swojemu. Czyli luźna współpraca z kilkoma firmami geodezyjnymi. Odejście ze Starostwa pokazało dobitnie niski poziom kultury zwierzchnika. Kiedy na pożegnaniu Starosta powiedział, że mam się zgłosić po prezent do Wydziału odpowiedziałem, że prezent ceduję na kierownika Wydziału. Współpraca z firmami nie tak się układała, jak to sobie wyobrażałem. Wspomnę tylko, że w teren jeździłem combiakami firm: Ford, Renault, Opel. W jednej z firm właściciel jeździł Toyotą Hilux, ale to był zapalony fan motoryzacji. Dodam tylko, że zaraziłem go swoim upodobaniem do muzyki (blues). Do ostatniej firmy przyjęto mnie na inspektora nadzoru na dwóch obrębach Nowej Huty (modernizacja operatu ewidencji gruntów i budynków). Firma nie miała pojęcia jak to robić i całkowicie ignorowali moje polecenia. Zamiast nadzorować robiłem to, co powinni byli robić oni. Nieważne źle czy dobrze – ma być po naszemu. Podziękowałem za taką fuchę. Za ostatni miesiąc pracy mi nie zapłacono. Ale jak ktoś czuje się z tym dobrze – to na zdrowie. Tym to mało motoryzacyjnym akcentem kończę swoje opracowanie.

 

Z geodezyjnym pozdrowieniem:

Jerzy Leszczuk – geodeta w stanie spoczynku